• DIGITAL

    Fundraising with mobile apps – Twestival

    The Twestival app for iPhone is a classic example of how mobile technology applied with a little (or in this case no) budget can become a great tool to extend your fundraising activities to new spaces and audiences. Led by Amanda Rose, Twestival was a series of events organised on one day all around the world under the umbrella of one idea: bringing together Twitter users offline for a good cause. In the most recent editions of Twestival, fundraising and organising activities the use of mobile devices have been a key development. Created by the team from Future Workshops, The Noble Union Twestival app became a great tool for promotion and management of many important elements of the Twestival movement.

    • Location and attendance: app made it really easy to find a local event, its program and local organisers drastically raising a number of local volunteers.Real time updates: It’s Twitter feed section made real updates on current
    • Real time updates: It’s Twitter feed section made real updates on current programmes of local Twestival events possible to view on the go.Networking tool: For those who were already at one of the events the app provided an easy opportunity to network, simply by integrating the contact management functionality „Bump“ into one of Twestival app’s options.Fundraising and transparency:
    • Networking tool: For those who were already at one of the events the app provided an easy opportunity to network, simply by integrating the contact management functionality „Bump“ into one of Twestival app’s options.Fundraising and transparency:
    • Fundraising and transparency: the fourth area of the app’s interface was dedicated to the sums collected in a particular city.

    As a local organiser of Oxford Twestival I have seen the app born at the level of initial suggestion, through group collaboration of event organisers in Huddle, all the way to the final product and its promotion. Being a part of the creative process in applying technology to a fundraising activity was not only fun, but also a responsibility; we all had to find the crucial areas of the event (and the entire movement) to ensure that the final look of the app responded to the need of all potential donors (i.e. attendees) and volunteers. The Twestival app proved to be useful during organising stage and the event itself, so I personally think it was a great idea, and especially significant that it was, in the end, a donated work too. I am convinced that mobile apps provide great opportunities for the fundraising sector and despite the many challenges left yet on the way they do provide us with a field for endless creativity. So why not sit down with your team and draw a map of your new app? Why not reach out to the community and look for an individual or a company who could donate their time and expertise to make it a reality? Why not seize the opportunities provided by new technology?

    (This was originally posted on the 9th of October 2011 over at Spring-Giving)

  • DIGITAL

    What would your first blog post be?

    I should probably introduce myself and explain why I am here. 

    My name is Sylwia Presley and I am…well, let’s see…a geek, a social media consultant, a mother, an occasional writer and poet, a photographer, a citizen journalist and activist blogger…event organiser and probably many more. I write about it all over at SylwiaPresley.com, but here I would like to focus on my major passion and one of my dreams: coffee. 

    I do not know much about coffee, you see. I have to be honest. I am very ignorant when it comes to many things, including some of the things I am passionate about. Thus I thought it would be nice to dedicate more time to studies of one of my passions. There is also a less rational reason behind the origins of this blog – a part of me fell in love with Mexico and still looks for a tangible reason to go back there for longer than a month. Over the last few years my dream has come to a new form: I figured that maybe – only maybe – I could actually one day have a tiny fair trade coffee plantation in Mexico. It probably sounds crazy though the more I discuss the matter with my friends, the more serious the prospect becomes. So why not try to navigate at least a bit of my life towards one of my dreams?

    You see, I believe that if we invest a little bit of interest and open up to new narratives, we might just experience few little miracles. At least I have when it comes to blogging, so I decided to start a new story, a new journey if you like – towards one of my dreams and towards learning more about this bevarage we consume on a daily basis. I can only hope that my investigation will be interesting enough for some of you to join in. Let’s begin! 

  • DIGITAL

    Budapest

    Our trip to Budapest was really intense  – both emotionally, as well as full of experiences. Images, sounds, words of people I knew back then and who stayed the same or changed drastically – all of this still vibrates in my heart. I can only look at pictures I took and gradually digest it all. Work-wise though I have made few observations. First of all social integration – the Facebook icon is almost on each ad  – used wisely with the full URL (please do not assume that I can find you within this network!;) ) Twitter seems to be less popular. Foursquare exists almost just virtually – as opposed to many places advertising their Facebook location! I have seen Glamour magazine promotion inviting girls to bring their old accessories to a pop-up shop in a shopping mall – those obviously grew in numbers all across the city. QR codes are not a big deal at all, so I was happy to see that general public is not so excited about them anymore. Public transport tickets have their unique QR codes (quite a contrast to the fact that the cashier used manually set up the stamp to mark the date of my weekly ticket!), so do the posters promoting various products. I did not get to talk to my more geeky friends this time, I did find out however about Facebook hostessing service – the idea of running promotions though pretty looking (genuine and offline known) girls with large Facebook fellowship. I would love to learn more about the mechanics of those! As I said, we only had few days to look around and hardly any free time – I did not even have time to grab a local paper, not to mention reading it – but I hope to go back shortly and learn more. Budapest is eclectic as always!

  • POLSKI

    Utknęłam

     

    Miałam cztery dni urlopu, co z weekendem oznacza sześć. I dupa. Nic z tego nie wyszło. W poniedziałek kończenie drobiazgów w mieszkaniu, we wtorek załatwianie dziecku zniszczonych okularów i inne drobne sprawy – a to one właśnie mnie ostanio cholernie rozpraszają, przygnębiają. Takie to wszystko cholernie praktyczne. A w środę odżyła praca, o… No ale w międzyczasie zadzwoniłam do koleżanki z Budapesztu i wprosiłam się do niej (wiedząc, że jest osobą, do której wprosić się można) na kilka dni w listopadzie. Nie mogę się już doczekać. Odetchnąć, wrócić do kraju emocji i przerysowanych wartości, wręcz płytkiego życia, jakby z książki Kundery. Po Pradze Budapeszt będzie kolejnym oddechem w biegu jaki sobie wybrałam tu na wyspach. Czasami jednak udaje mi się wyrwać i już czuję się lepiej. Pojechaliśmu z chłopcami do kilku ciekawych miejsc, nacieszyliśmy się ciepłą, złotą jesienią (tak, jest tutaj złota jesień!). A teraz, po powrocie do komputera i walki z BT, Vodafone, T-mobile i innymi potworami uciekam do obrazów i wspomnień z kilku miłych momentów ostatnich dni. Zastanawiam się, co zrobić z całym moim blogowaniem, bo życie zmienia je w pracę i właściwie niewiele mi tego osobistego i praywatnego zostaje – tylko chyba tutaj i poza siecią. Będę zmieniać sylwiapresley.com, choć nie wiem jeszcze kiedy i jak. Tym razem drastycznie. Drastyczne zmiany kosztują dużo czasu, więc przydałoby się jeszcze kilka wolnych dni….

  • POLSKI

    Dusza domu

    Wczorajszy poranek spędziłam na sprzątaniu w domu, do którego się przenosimy za tydzień. Stoi przed nami ogromne zadanie odbudowania harmonii w domu, w którym ściany oddychają traumatycznymi emocjami… Szkolę się więc w feng shui mając nadzieję, że jak już pokonałam swoje największe demony, przynajmniej te stare, to pokonam też smutne wspomnienia tego domu.  Zobaczymy. Wprowadzamy się za tydzień.

  • POLSKI

    Antykwariaty…nasze małe skarby

     

    Wantage to ciekawe miasteczko. Takie malutkie a tak pełne ciekawych zakamarków. Moim ulubionym miejscem jest antykwariat zawsze przelewający się tomami, tomikami…Dziś wybrałam się tam po prostu w poszukiwaniu normalności, samej siebie. Byłam tak zagubiona w pracy, nie mogłam (wyjątkowo) wyjść z laptopem do ogrodu, dusiłam się więc w mieszkaniu. 
    I wytrzymałam tak do trzeciej, kiedy to postanowiłam, że ucieknę na pół godzinki do antykwariatu. Nie byłam tam już od…chyba kilku miesięcy. Antykwariat jest w rynku, schowany za starym budynkiem poczty, dziś śmiesznie wystającym kawałkiem lokalnej architektury – jest więc raczej niewidoczny. Może to i dobrze, bo lubię jak jest w nim tylko kilka osób. A zawsze ktoś tam jest. Właściciele antykwariatu lubią jeździć na przetargi i kupować nowe tomy, choć nie mają już miejsca. Półki pełne są klasyki, albumów, poradników, wydań FOLIO, książek dla dzieci, przewodników i literatury powszechnej. Dosłownie WSZYSTKIEGO. A na deser można też znaleźć kilka ciekawych dekoracji domu porozrzucanych na stole…
    To tu właśnie zdobyłam mojego pierwszego oryginalnego Szekspira, “Wichrowe Wzgórza”, ale też Coelho, Rotha, Whartona, Duras, Pamuka i wielu innych. Za kilka funciaków, w ogromną historią…
    Dziś kupiłam dziecku stary elementarz w słodkich dekoracjach, misiowe rymowanki i czarującą opowieść i magicznym domku – trzy za funciaka. Uwielbiam książki dla dzieci tak drukowane, jak myśmy je w dzieciństwie czytali – śliczne i słodkie po prostu. Dawid z ekscytacją studiował rysunki gdy mu ją wieczorem czytałam. 
    Sama miałam już w ręcę ciekawą powieść gdy zobaczyłam ciekawe wydanie jednej z pierwszych powieści w historii literatury – “The Tale of Genjii” wydaną w Tokyo. Może nie tyle miejsce, co sposób wydania mnie zauroczył. I wydałam całe 7,50 funta! 😉 Na deser dodałam dwie śmieszne książeczki jakimi zapewne posługiwały się damy wiktoriańskiej Anglii – “The Really Useful Home Book” (mogłabym po prostu cytować stronami!) oraz bardzo kolorowy notatnik dla przyjaciółki, która ma własny ogród i może w nim zapisywać plany na każdą porę roku. 
    Ech, takie babskie, a tak mnie to ucieszyło. Lubię ten antykwariat a im częściej mam do czynienia z literaturą na ekranie, z tym większym zaparciem wracam do antykwariatów i bibliotek!

     

     

     

     

  • POLSKI

    Praga, Praga i po Pradze

     

    Jestem strasznie przygnębiona. Nie chciałam wracać. Miałam na Pragę w sumie tylko kilka godzin wczoraj wieczorem, a jest to przecież prześliczne miasto. Udało nam się znaleźć pokój na starówce, więc mieliśmy dla siebie wieczór. Wystawa Muchy po prostu mnie zszokowała pięknem i intensywnością. Pracowni Sudka nie zobaczyłam a wystawa Saudka była zamknięta, jednak zaraz za mostem Karola jakoś zabłąkaliśmy się do kafejki, w której na ścianach wisiały oryginały Saudka! Ech, jakbym miała kilka tysięcy, to jeden już byłby mój! 😉 Spotkaliśmy kolegę z Global Voices (rozmowa z dziennikarzem z Iranu o zamieszkach w Londynie to ciekawa historia…), poszliśmy z koleżanką z Pragi do klubu studenckiego. Sami znaleźliśmy bar “lokal”, nowoczesną knajpę zrobioną na styl pijalni sprzed zmiany systemu. Znaleźliśmy klub jazzowy, choć typowo długi wieczór w jednym meijscu niestety nie była nam dany. Obok niego udało się nam na szczęście załapać na jazz w kafejce.
    A więc było piwo, dużo dobrego piwa (w ogóle nie boli mnie głowa!), jedzenia (ser brie zapiekany z warzywami, szynka, a nawet węgieski langos!), dużo sztuki w najlepszej formie. Były uliczki z odrestaurowanym oświetleniem gazowym. Było mało turystów. Było dużo spokoju. A rano w Londku deszcz na lotnisku. Normalnie nie chciałam tu wracać!

     

  • POLSKI

    Jabłka

     

    Jabłko wydaje mi się magicznym owocem! Jest w bajkach, jest w historii, w sztuce a tak w życiu codziennym to chyba go nie doceniamy…dziś w drodze ze szkoły (zawsze jak to piszę, to odnoszę wrażenie, że to ja do niej chodzę) znalazłam przed domem gałęzie ozdobnej jabłoni i jakoś mnie to zdumiało. Właścicielka naszego domu układa przepiękne bukiety i zapewne przygotowała te zielone jabłuszka do kolejnego…ale jakoś zaskoczył mnie ich rozmiar i gęstość. Ciekawe, do wielu rzeczy się przyzwyczajamy i wiele zakładamy, a w sumie nieczęsto mylimy się. U nas znów niebawem przeprowadzka i sama nie wiem, jak się z tym czuję. Lekko podekscytowana: czasem zamykam oczy i marzę o porannej kawie na patio przed domem. Czasem martwię się: brakować mi będzie przestrzeni naszego obecnego salonu. A kiedy indziej zupełnie się dystansuję, bo to w końcu kolejny przystanek.  Zawsze szybko wiję sobie gniazka i pojęcie “własnego domu” jest mi raczej obce, choć ostatnio marzenie o własnym zakątku zakiełkowało. Chcę kupić barkę i przenosić to swoje gniazdko tam, gdzie jest słońce i duże czerwone jabłka!
  • POLSKI

    Uspokojona

     

    Uspokoiłam się, gdyż wyszło słońce… Znalazłam na chodniku liść. Porozmawiałam z kilkoma bliskimi osobami. I choć przyjaciółkę miałam “tylko” na komunikatorze, zrobiło mi się lżej na sercu. To niesamowite, jak realia czasami potrafią nas przytłaczać i jak subiektywne jest życie. Wczoraj czułam się beznadziejnie, byłam nikim. Dziś spotkałam się ze znajomym, który przez ostatnich kilka tygodni był nikim ale zaczyna wracać do siebie. Nie wiem, które z nas doprawdy jest w gorszym czy lepszym stanie…ale czuję się znów człowiekiem.  Wiem, że jest jesień i słońce… Za tydzień lecimy do Pragi, a za dwa przeprowadzamy się. Potem jedziemy do Swindon na wystawę lego (chcę się napić kawy w kawiarni zrobionej z klocków – ot, mały dzieciak ze mnie). A tydzień później może uda nam się pojechać na wykład Anne Rice – autorki, której książki uczyniły mnie artystką, tak troszkę…Cieszę się, że świeci…
  • POLSKI

    Prawie na mecie…

     

    Praca. Co myślicie o swojej pracy? Zaczynam się zastanawiać, czy to jest takie polskie, że marudzimy na jej temat? Ja jakoś podświadomie cały czas szukam powodu aby nie lubić mojego stylu pracy – a przecież do jasnej cholery wywalczyłam sobie taką, o jakieś osoba z moim cv i zainteresowaniami może sobie tylko zamarzyć!
    W zeszłym tygodniu praca poniosła mnie po raz kolejny do Genewy (miałam śliczne kwiaty w oknie hotelowym – fotka powyżej), gdzie mam super klientkę (to bardzo ważne!) a przede wszystkim przyjaciółkę jeszcze z Budapesztu. Gosia przespacerowała się ze mną po starówce, co w Genewie jest doprawdy luksusem, gdyż całe miasto przebudowane pod EU, banki i inne ogromne instytucje jest raczej nieustannie rozkopanym zbiorowiskiem betony, szkła i metalu. A jednak odnalazłyśmy miejsca przypominające nam romantyczny Budapeszt. Zadzwoniłyśmy do koleżanki z Francji, która jest teraz w trudnej sytuacji, pociaszyłyśmy ją i jakoś tak ten czas minął bardzo miło.
    Brakuje mi takich chwil w domu. Trudno uwierzyć ale ponieważ pracuję z domu a praca polega na nieustannych rozmowach na sieci, to po prostu grozi moim normalnym chwilom. Nie mam czasu na znajomych, nie mam okazji spotkania się z koleżankami a wyjazd do przyjaciółki to luksus.
    A powinno chyba być odwrotnie, nie?
    W ogóle jakoś wszystko mnie denerwuje. Im bardziej sie dystansuję od komercjalnej strony naszego życia, tym bardziej razi mnie stan, w jakim obecnie żyjemy. Nie zbieramy kwiatów, gdyż są pod ochroną. Nie pozwalamy dzieciom biegać nago w fotannie, bo ktoś może je “przytulić”, “oglądać”. Nie rozpoznajemy się na ulicy, chyba że pod domem lub szkołą. Nie zapraszamy się do domów.
    Przepraszam, mam dziś dołek, bo jestem chora i jest podła pogoda – taki ciemny jesienny dzień – a ja jeszcze nie mogę się pogodzić z faktem, iż  w Sainsbury’m wystawiono na półkę bożonarodzeniowe słodycze! Takie drobiazgi totalnie mnie wyprowadzają z równowagi! I co ja mam powiedzieć dziecku? Martwi mnie to, bo cały czar Świąt zanika, ginie tradycja – jedna z niewielu jakie mamy w tym kraju. Przeciez Święta możnaby obchodzić tak jak ślub księcia! Przecież nasze dzieci już teraz mają problemy z kompasem wartości!
    Postanowiłam, że nie będę wchodzić do sklepów spożywczych, ani też innych łancuchów. Na szczęście mam w Wantage sklepy charity, sklep indyjski i kilka czarujących miejsc, o których powinnam tu napisać. A zakupy robię od dziś na sieci i na rynku. Muszę ochronić życie mojej rodziny oraz własne zdrowe podejście do życia, choć trochę nadal czuję się bezradna….
    Mam ochotę zamknąć się w domu i nigdzie nie wychodzić!