• POLSKI

    Duszno

    Zaczyna mi się robić na sercu znów ciężko. Za każdym razem jak mamy poważne momenty historyczne w tym naszym Niezbyt-Zjednoczonym, atmosfera robi się ciężka a ja staję się, czuję się nagle wizerunkiem problemów.

    Wyjechałam z dwóch rasistowskich krajów aby dziecku daj lepszy, cieplejszy start, ale jakoś mnie tutaj ten rasizm dogania.

    Dzisiaj oddychać trudno. Mam tylko cichą nadzieję, że młodzi i starszy zaczynają rozumieć, że polityka jest sprawą nas wszystkich. 

    No ale jest duszno. 

    Photo by Steve Harvey on Unsplash

  • POLSKI

    Lekka

    Czuję się lekka, bardzo zmęczona i smutna. Tak wiele mam obecnie do zrobienia, ale po ciężkim roku po prostu nie mam na nic siły. A poza tym brakuje mi bardzo działki i słońca…Od ponad miesiąca pogoda była tak paskudna, że w ogóle nie miałam ochoty na spacery i na przyrodę. Jest zimno, mokro i raczej nieprzyjemnie.

    I nie chodzi mi tu tylko o pogodę. Kraj jest przygnębiony polityką rasizmu, a ja jakoś nie potrafię się odnaleźć. W pracy, na szczęście, mam do czynienia z bardzo ciepłymi i tolerancyjnymi ludźmi. Ale też w tej samej pracy słucham historii ludzi, którzy nie mają nic i bardzo zależą na pomocy kraju.

    Słucham Polaków i Brytyjczyków w autobusie. Ci, co nim jadą, są z zasady w pewnej klasie i nie mają problemów z zapomogami, dostępem do lekarstw, obaw o mieszkanie. Więc jakoś tak lekko wypowiadają się o tym, co się dzisiaj dzieje w kraju – a co w sumie działo się od ponad dekady…

    Gubię się pomiędzy nawróconymi rodakami (wielu wreszcie pozbyło się rodzimego rasizmu) a Brytyjczykami, którzy to w Brystolu ostro walczą z rasizmem. Brystol jest ciepły, ale kraj się robi mroźny.

    Jest mi więc lekko i smutno. Łapię się na tym, że jak już ogłosiłam nową firmę i mogę odetchnąć, chowam się w domu. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Wygrzewam się. Zastanawiam się nad prawdami, których uczę się od ludzi, którzy nie mają nic.

    Jestem smutna i lekka.

  • POLSKI

    Wyskoczyłam

    Wyskoczyłam z samolotu i jakoś mi się udało te pionowe trzy kilometry przeżyć. A bałam się bardzo, ponieważ ten rok był dla mnie bardzo trudny. Nie do końca byłam przekonana, czy skakanie z samolotów to akurat dobra metoda na odpoczynek po takim roku.

    W pierwszym roku w Brystolu leczyłam się z samotności lat poprzednich, ale w tym roku to już zabrałam się: za nową pracę, za nową szkołę, za nowy dom i nową rodzinę (rodzice odeszli). Rodzice odeszli, ale straciłam też kilka ważnych mi w życiu osób i została głęboka pustka. Dlatego też bałam się bardzo tego skoku w jeszcze jedną pustkę…

    Okazało się jednak, że w sumie skakaliśmy grupą – nie byłam w pustce i zdecydowanie nie byłam sama. Bardzo dobrze się mną znajomi i instruktorzy zaopiekowali. Trzydzieści osób wsparło mój projekt finansowo, więc za ich pieniądzę pomożemy teraz wielu młodym osobom w naszek okolicy. Czyli warto było.

    Trudno jednak tak z dnia na dzień odpocząć po takiej przygodzie, co też jest raczej metaforą całego roku. Miałam tak ekstremalne sytuacje w tym roku, że trochę boję się kolejnego. A z drugiej strony to, co kiedyś było ekstremalne teraz jest moją pracą – w poradnictwie psychologicznym wszystko jest poważne, głebokie i bardzo czasami testujące.

    Ale mam nową perspektywę na życie. Centrum grawitacji się zmieniło i nauczyłam się wielu innych perspektyw od moich znajomych z zawodu ale i od klientów. Życie jest bardzo zaskakujące i łączy nas więcej niż dzieli.

    Jest więc OK. Odpoczywam po tym roku. Spisuję mentalne notatki. Pobolewam, ale też i bardziej się rozkręcam. Od września przyjmuję własnych klientów, więc życie znów się zmieni. Od listopada zmienić się może cały kraj. Ale nic nie jest stałą. Każdy krok może okazać się skokiem. Cieszę się więc bardzo, że nie czuję się już osamotniona.

    Dziękuję za wsparcie!

  • POLSKI

    Wakacje

    Jesteśmy w domu od kilku dni a ja nadal nie mogę wrócić do siebie po wakacjach. Już dawno nie byłam na tak intensywnym wypoczynku i po prostu nie mogę się pozbierać. Z jednej strony świetnie się bawiłam w Mołdawii i wiele się dowiedziałam o tym kraju i o dzieciństwie mojego męża. Z drugiej strony jestem niewyspana i bardzo obolała od bezustannego chodzenia w 34 stopniach ale też zupełnie wyłączona z normalnego trybu życia – mam trudności z powrotem do realiów.

    Zastanawiam się ostatnio bardzo nad teorią wakacji. Tutaj w Anglii wyjazd na tydzień czy dwa jest w pewnych okresach roku wręcz obowiązkowy – wszyscy jadą, kompletnie zapominają o pracy i wracają opaleni do przepełnionych skrzynek elektronicznych. Ja nigdy tak do wakacji nie podchodziłam. Po pierwsze zawsze spędzałam je aktywnie. Po drugie jako właścicielka własnej firmy nie mogłam sobie już od wielu lat pozwolić na niesprawdzanie wiadomości. Więc ten wyjazd trochę zwalił mnie z nóg i ciężko mi wrócić do pracy. Nadal nie wysypiam się, męczę się szybko i bardzo powoli myślę – robię literówki! Trzy poranne kawy nie pomagają.

    Kto wymyślił takie podejście do wypoczynku? Dlaczego jako społeczeństwo wybieramy się na dwa tygodnie i wracamy do “ciężkich” realiów zamiast nauczyć się odpoczywać codziennie a może nawet nie przemęczać się? Ja rozumiem, że wszyscy mamy wiele obowiązków. Nie ukrywam, dla kobiet prowadzących dom, wychowujących dzieci i pracujących (dla innych albo i dla siebie) taka mieszanka obowiązków nie pozwala na czas wolny. Ale w moim wypadku, ponieważ w pewnym momencie się wypaliłam, lżejsze i spokojniejsze podejscie do życia tu i teraz okazało się zbawieniem.

    Ja odpoczywam każdego poranka jak popijam poranną kawę. Nauczyłam chłopców, że koniecznie muszę mieć pół godziny dla siebie. Nauczyłam samą siebie wcześniej stawać – bo okazuję się, że osoby poranne i wieczorne to bzdura. Poranne wstawanie jest kwestią motywacji i dobrego nawyku. Zorganizowanie zadań i domu też dużo pomaga, bo każdy wie, co ma zrobić i zdaje sobie sprawę, że jak nie wykona swoich obowiązków to druga osoba traci na własnym wolnym czasie.

    W pracy zaplanowałam sobie dużo czasu na: odpoczynek, małe i drobne czynności – sprawdzanie maili, administracja, rozmowa z listonoszem, transport (aby się nigdzie nie spieszyć i nie denerwować w autobusie),  robienie kawy i rozmowę z współpracownikami (co też jest pracą!), na posiłki i na skupienie się na specyficznych zadaniach. Dobre planowanie wchodzi w krew i po pewnym czasie człowiek uczy się przemyślenia, wykonywania i ewaluowania tego co było zrobione. Bo jak ma się wszystko skończone przed wieczorem lub weekendem to nie ma stresu na ten okres wyznaczony do odpoczynku.

    W moim przypadku musiałam też się nauczyć, że jestem po części artystką. Mimo funkcjonalności rutyny, czasami mam ochotę robić wszystko trochę inaczej, więc mam w tygodniu i w dniach kilka możliwości na wolność: gapienie się w okno autobusu (zamiast czytania nowej książki na wykłady), wyskoczenie na działkę po długim okresie intensywnej pracy (zamiast zabierania się za statystyki czy finanse), spacer i zabawa z psem zamiast poważnej rozmowy z synem. Po prostu wybieram sobie własne zmiany, bo wiem, że reszta tygodnia i tak mi wyjdzie.

    Wakacje są więc dla mnie przeważnie tylko kontynuacją takiego właśnie podejścia do życia. Jak podstawy są dobrze wybrane i zaplanowane i nie zabieramy się za coś, co z góry z założenia jest cholernie stresujące, to wiemy, że będzie to zrobione. Jeżeli znamy siebie dobrze, to wiemy też jaki jest nasz styl i pracy, i odpoczynku. Jeśli mamy nawyk odpoczynku codziennie i takiego dziennego, tygodniowego, sezonowego sprawdzania co było zrobione i co trzeba zrobić – to nic nie będzie nas stresować. Poza niespodziankami losu, albo bardzo nieprzyjemnymi ludźmi, czego nie da się ani zaplanować, ani uniknąć.

    Jeżeli wreszcie zrozumiemy, że praca to nie tylko kopanie rowów i budowanie domów (co jest trudne, nie przeczę), ale też i rozmowy z ludźmi, planowanie i organizacja, czekanie, myślenie i nauka, i wiele innych aspektów życiowych to w sumie wakacje nie będą nam chyba potrzebne?

    No bo kto potrzebuję powrotu to długiej listy nowych obowiązków po tygodniu leżenia na plaży? Kto czuje się w taki poniedziałek wypoczęty?

     

    Photo by Christopher Rusev on Unsplash

  • POLSKI

    Terapia

    Po kilku latach studiowania terapii wybrałam się wreszcie i na swoją. Jako terapeuta w UK w sumie powinnam mieć własne wsparcie a z racji ostatnich wialdomości z domu (lekka depresja i wiele smutku), postanowiłam zacząć leczenie własnej duszy teraz. Da mi to 18 miesięcy terapii zanim rozpocznę niezależną pracę jako terapeuta (celuję na rozpoczęcie jej w moje 42-gie urodziny, w styczniu 2020).

    Pierwsze wrażenia:

    • fajnie nie mieć poczucia czasu – po prostu nie martwić się jego upływem
    • fajnie porozmawiać o problemach z osobą, której nie znamy na codzień – nie trzeba się z niczego tłumaczyć a myśli płyną swobodniej
    • fajnie słyszeć reakcje osoby znającej się na problemach przemocy w rodzinie – nie jest się ze swoim dziecińswem jakoś tak sam na sam
    • fajnie po prostu pozwolić sobie na odrobinę wspomnień – tych trudnych, ale też i tych dobrych

    Przypomniałam sobie wieczory pod gwiazdami i kupiłam sobie wreszcie teleskop. Mam nowe hobby! I pamiętam te długie noce w dzieciństwie, kiedy marzyłam o spokojnym domu. Otwieram oczy i mam właśnie takowy: spokojny, bezpieczny, ciepły dom.

    Zaczęłam się wreszcie wysypiać, choć prierwsze trzy tygodnie były trudne. Mam mocne, emocjonalne sny ponieważ podświadomość teraz bardzo pracuje i układa sobie wszystko na nowo: oczami tej dorosłej już osoby.

    W sumie bardzo się cieszę, że znalazłam panią, która zadaje mi ciepłe, ale też rzeczowe pytania. Daje mi dużo do myślenia ale też jakoś dodaje otuchy.

    Bardzo jestem ciekawa, jak będę się z nią odnajdywać na kilka miesięcy, tymczasem jedziemy na wakacje, więc mogę odpocząć od myślenia;)

     

    Photo by Greg Rakozy on Unsplash

  • POLSKI

    Nowe studia

    Dostałam się na wymarzone studia, zaplanowany kierunek, do wypatrzonej nauczycielki i grupy. Ponieważ planuję prowadzić terapię w zakresie technologii i zauważyłam już, że technologia wywołuje ostre emocje, muszę być dobrze wytrenowanym terapeutą. Wolontariat w kilku organizacjach nie wystarczy. Więc od września wracam do pana Freuda i jego kolegów tutaj w Brystolu. Nie mogę się już doczekać, ale też ciesze się, że mam miesiąc na prawdziwy wypoczynek – luz w pracy, podróże do rodziny, ciepły, słoneczny Brystol w międzyczasie.

    Cała ta sprawa ze studiami jest bardzo ciekawa. Na rozmowie nie miałam za dużo do powiedzenia bo sama profesorka powiedziała, że wysłalam wszystko, czego potrzebowała na piśmie. Więc musiałam poszuskać bardziej osobistych powodów i przypomniałam sobie coś ciekawego. Jak byłam małą dziewczynką bardzo chciałam zostać psycho-terapeutą. Bardzo. Marzyłam o takiej osobistej pomocy dla ludzi, którzy nie radzą sobie z życiem. Lecz nie miałam odwagi iść na psychologie z realnego powodu: matka (z całym bagażem własnego narcysyzmu i emocjonalnej przemocy) jakoś przekonała mnie, że nie jestem dostatnie mądra aby iść na takie poważne studia. A co za tym idzie nawet o nich nie myślałam po maturze! Szłam w jej szlaki, bo sama nie spełniła się jako lingwista, to i dziecko wysłała w tym samym kierunku.

    Po latach własnych prób i błędów, nauki i niezaliczonych egzaminów, trzech kierunków i raczej podstawowego licenjatu nauczycielskiego jestem gotowa zabrać się za to “poważne” nauczanie. Choć prawdę mówiąc to bzdura. Uczyłam się psychologii w trzech językach już jako nastolatka, więc totalnie jestem na to przygotowana. Zawsze, już jako dziecko, miałam dobrze wykształcony talent empatyczny. Od małęgo udzielałam się, organizowałam, prowadziłma ludzi przez ich problemy bez żadnych obaw.

    Więc w tym roku zaczynam studia całkowicie wyluzowana. Więm, że życie było jakie było i mogło być inaczej, ale może właśnie potrzebowałam tych wszystkich doświadczeń, aby teraz, w tym roku, zrozumieć głębi pomocy terapeutycznej. W moim nowym zawodzie będę mardzo młoda. Będę uczyła się wielu nowych rzeczy, które pomogą mi bardzo – już w ostatnim roku zmieniłam się drastycznie i poważne decyzje dotycząse ludzi i związków podejmuję w sekundę. Więc mam nadzieję, że po tych studiach będę jeszcze lepsza. Pozbyłam się dumy a pewności siebie już mnie nie brakuje. To dobrzy start!

     

    Photo by Max Langelott on Unsplash

  • POLSKI

    Nowa praca, stare tematy

    No to już miesiąc w nowej pracy, w której bardzo się odnajduję (terapia, ludzie młodzi, zdrowie psychiczne, media słoecznościowe i takie tam stare, bliskie sercu tematy). Czasami jeszcze jestem trochę w szoku, że w ogóle jest taka organizacja, i że ja w niej pracuje. Nie jest to moje główne źródło zarobków, bo jak wiadomo w organizacjach pozarządowych to kasy jest raczej niewiele (i niewiele być powinno, bo ma ona iść na klientów serwisu), ale dla mnie to idealne miejsce na tem moment w życiu. Bardzo lubię to miejsce z wielu powodów, ale przede wszystkim chodzi o ludzi, o wartości i o kulturę. Jak przyszłam do pracy z poważnym problemem trzy osoby zaproponowały mi “alarmowe wyjscie na kawusię” – choć ledwo się znamy. Bo w tej organizacji każdy ma własną historię ale też wie, że samemu wszystkiego się nie rozwiąże.

    Po dziesięciu latach na pustyni;) zazynam wracać do siebie. A co za tym idzie i do pisania.

  • POLSKI

    Pierwszy klient

    Zakończyłam pracę z pierwszym klientem. Jestem pod ogromnym wrażeniem ich pracy (piszę bezosobowo, bo nie mogę nawet płci wspominać), ich szczerości i zaufania. To niesamowite, jak ludzcy się stajemy w spotkaniu ze śmiercią. Nauczyłam się prawdziwego piękna pracy w terapii i wiem już, że bardzo mi taka praca odpowiada. Wszystkie moje negatywne, ale też i pozytywne doświadczenia, bardzo mi się teraz przydają.

    W miedzyczasie przestałam też brać nowych klientów w przerwie letniej. W życiu prywatnym doświadczyłam innej wersji śmierci – tej, w której nawet na jej progu są ludzie, którzy w ogóle się nie zmieniają. Nie na dobre…

    A więc jestem prywatnie ale i profesjonalnie bardziej wyedukowana na temat naszych różnych perspektyw na śmieć. A co za tym idzie coraz bardziej szanuję swoje życie i to co mam. Nauczyła się dbać o siebie w taki sposób, aby umieć pomóc innym. Wcale nei jest to takie proste – czasami trzeba umieć powiedzić nie, czasami trzeba ruszyć dupę nawet jak już nie mamy siły. Wstawanie wcześnie rano w soboty czasem było trudne. Dojazdy do Oksfordu gługie (6h na 50 min sesji) i kosztowne. Ale warto, jeżeli ludzie to szanują. Warto.

    (Na zdjęciu okno pokoju, w którym mieliśmy sesje – takie śliczne!)

  • POLSKI

    Kurs zaliczony

    No i jest zrobiony kurs. Szkoda mi bardzo, że to już ostatni weekend jazdy do Oksfordu aby spotkać się z tak wspaniała grupą! Każda osoba na tym kursie (poradnictwo dla osób, których dotknęła żałoba) dała z siebie wszystko i ja sama muszę przyznać, że się nie obijałam. Był tęz taki moment, że o piątej nad ranem po prostu nie miałam już siły nawet wstać – jest zima, ciemno, mokro, zimno. Ale dla tych ludzi było warto. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy nauczyłam się więcej o żałobie i roli śmierci w życiu niż podczas studiów, małżeństwa i rodzicielstwa. Każedemy polecam kurs dla wolontariuszy organizacji Cruse UK – to druga, po Relate, organizacja, która wspiera ludzi poradnictwem już od lat 50-tych, więc mają dużo doświadczenia, nie tylko teorii. Co dalej? Rozmowa o pracę u nich, może podobny kurs tutaj w Brystolu, a potem już praca. Już w styczniu byłam na pierwszej superwizji i poznałam ludzi, z którymi będę pracować. Nie mogę się doczekać powrotu do Oksfordu!

  • POLSKI

    Wesołych!

    U nas w nowym domku więcej miesjca na choinkę a przede wszystkim ogromna ilość światła, więc pod choinkę poprosiłam o małą palmę z IKEI. Mam więc w kuchni wystrojoną palmę – bo jak człowiek dorasta to może zdobić tak, jak sam chce.

    Wesołych!