• POLSKI

    Nieznane krajobrazy

     

    W piątek pojechałam na mini-konferencję w malukim teatrze niedaleko Saxmundham (okolice Ipswitch). Przesiedziałam w różnych pociągach cały dzień aby zaprezentować media społecznościowe przez dwie godziny – więc mam nadzieję, że było warto;) Teart, w właściwie cały kompleks budynków poświęconych wystawom i innym wydarzeniom artystycznym położony jest w bardzo ciekawym miejscu – niby nad morzem a jeszcze nie tak blisko “wielkiej wody”, niby blisko cywilizacji a jednak w ogromnej pustce i izolacji….Mimo, że miałam dość dużo pracy bardzo się rozmarzyłam a jak już dojechałam i zobaczyłam jeziora, nad którymi położony jest teatr to już w ogóle poczułam się jak w filmie. Lubie takie wyjazdy, przypominają mi się klimaty środkowo-europejskiego kina.

  • POLSKI

    Budujemy Europę

     

     

    Po Genewie los wysłał mnie do Brukseli.  Ciekawy wyjazd. Jako studentka bardzo chciałam pracować w Komisji Europejskiej ale po jakimś czasie los rzucił mnie z dala od polityki, raczej w kierunku technologii. W tym miesiącu jednak spotkałam się z kilkoma osobami, które oddychają Komisją dniem i nocą i cieszę się, że nie jetem jedną z nich. Przede wszystkim wszyscy noszą marynarki, co bardzo mnie stresuje! Już nawet moja czarna bluzeczka z ostrym dekoltem wydawała się obrazą, więc musiałam w biurze nosić szal. To jeszcze szczęście, że ich team social media jest wyluzowany i ubiera się jak ludzie. Miałam wrażenie, że nagle los rzucił mnie na praktyki w fabryce. Spotkałam przyjaciół ze studiów i poznałam uniwersyteckie grono mojego partnera, więc czułam się dziwnie. Spotkałam bardzo dobrego fotografa (który też chodzi do pracy w marynarce;)) i zrobiło mi się żal – jakoś kiedyś lepiej zauważałam historię w fotografiach, miałam więcej czasu na spacery i robienie fotek a potem ich obrabianie. Dzielenie się nimi. Pod tym względem to ja jestem ubrana w cholernie ciasną marynarkę. Wróciłam i cieszę się, że mogę pracować w kapciach, z nogami na biurku lub w ogrodzie pełnym wiosny.
  • POLSKI

    Trudny tydzień

    Wyjazd do Genewy bardzo mnie zmienił. Odkrywam Anglię zupełnie innymi oczami. Spotkałam się z Krzysiem, ko-edytorem GV Polska, pochodziliśmy po Oksfordzie jak po zupełnie obcym mi świecie. Zrozumiałam, kim jestem – jestem Europejką w Anglii. I chcę aby tak pozostało. Nie chcę stać się stworzeniem wyspiarskim, bo to kombinacja zalet i wad, która bardzo mi nie odpowiada. To pewnego rodzaju uczucie małego światka…brak szacunku do samego siebie i wiele obszarów życia, w których brak jest konsekwentnego myślenia. Przepraszam, jestem dość ostra w ocenie i generalizuję, jednak na Węgrzech tak się nie czułam, nie czułam się tak w Meskyku…w żadnym innym kraju i nie chcę się zaklimatyzować.

  • POLSKI

    Kawa o trzeciej nad ranem

    …na lotnisku, w drodze do Genewy. Wczoraj w nocy zupełnie nie mogłam spać, więc musiałam nadrobić to rano, co za tym idzie jest mi łatwiej przeżyć nocną podróż do Genewy. Nie mogę się doczekać spotkania z przyjaciółką jeszcze z pracy z Budapesztu. Tak bardzo rzadko spotykam się z bliskimi mi osobami! Takie to zycie cholernie ostatnio zabiegane i coś nie zwalnia. W marcu postanowiłam sama je przystopować. Nie pisać wiele. Nie czytać. Nic nie oglądać. Spać dużo. Siedzieć wieczorem w ciszy i gapić się na ściany, w ogrodową ciemność a porankiem popijać kawę i udawać, że widzę jak rosną nasze tulipany (te na zdjęciu to nie nasze, tylko Walentynkowe;)). Zupełnie się wypaliłam a co najgorsze nie mam już nawet siły się uśmiechać! A to już tragedia. I tak tylko tulę się do moich chłopców, kopię (ok, w pracy nie jest tak źle;)) i marzę o ciszy. Czas na wiosenne porządki w duszy. Tymczasem na lotnisku popijam kawę i gapię się na ludzi, też w drodze…
  • POLSKI

    Znów sypie!

     

     

    I znów będzie, właściwie już jest biało! Od momentu jak pojawiły się na Facebooku teskty i fotki śniegu poprzez rozmowę z Magdą na ten temat do momentu odejścia od komuptera nasz ogród pokrył się bielą! Cieszę się bardzo bo udało mi się podróżować bez śniegu a teraz na pięć dni zostaję z domu – a w przyszłym tygodniu dzieci nie idą do szkoły!:) Od czasu rozjazdów czułam się podle – jakoś po przygodzie w hostelu dostałam notorycznej migreny, więc ostatnie dwa dni przeżyłam jak we śnie. Dodatkowo uczenie dzieci w podstawówce bezpiecznego korzystania z sieci było dość mieszanym uczuciem. Cały czas słyszę w mediach, na ulicy, na sieci wypowiedzi rodziców o braku zabezpieczenia sieci ale nikt nie bierze na SIEBIE odpowiedzialności rozsądnego wychowania dzieci na sieci. Usłyszałam więc, że dzieci nie powinny być na Facebooku – od rodziców, a to że jedna trzecia tych dzieciaków już tam jest – od dzieci. Z moim podejsciem otwartej dyskusji i brania maluchów na poważnie nie mogłam wyjść z salek, a jeden chłopiec po prostu się do mnie przytulił! (wyobraźcie sobie szok nauczycielki!). Jestem zachwycona maluchami i bardzo mi smutno, że ich rodzice zostawiają je same na sieci zupełnie negując jej potencjał, oczywiste istnienie. A jak pojawia się problem związany z Internetem, to są tam same, gdyż mama nie chcę być na Facebooku a dziecku daje YouTube do oglądania w sypialni aby mieć spokój podczas gotowania…Paranoja. I utknęłam – w poniedziałek odnosiłam wrażenie, że mogę zmienić świat, dziś sama już nic nie wiem. Muszę się przespać parę razy aby jakoś widzieć przez ten śnieg w głowie….

     

  • POLSKI

    Londyn po królewsku

    Ten mój tydzień był jakiś cichy. Miałam dużo pracy, ale raczej związanej z planowaniem, kreatywnością i innymi działaniami firmy niezwiązanymi z rozmowami z ludźmi. W piątek pojechałam do stolicy na kolejne spotkanie z jedną z organizacji pozarządowych sponsorowanych przez rodzinę królewską, więc dostałam pokój w Clarence House – pałacu książecym. Trochę trudno mi się odnaleźć w tym królewsich klimatach! W okolicach Bożego Narodzenia zaproszono mnie na małe zakupy (też dla wsparcia ich działalności charytatwnej) w samym mieszkaniu rodziny księcia i jakoś czułam się jakbym się nagle obudziła w średniowieczu. Arrasy na ścianach, piękne meble i sztuka w każdym wolnym kącie budynku, wszystko ciemne, ciężkie, ciepłe….i tylko zdjęcie rodziny, chłopców i oczywiście ślubu przypominały mi, że to “tu i teraz”. Jedyne odniesienie jakie ja jako Polka mogłam wtedy mieć to spacer po zamku w Łańcucie, gdyz w jego okolicy dorastałam…
    Więc  wpiątek powiedziano mi, iż książe jest w budynku, więc są zaostrzone zasady bezpieczeństwa (choć ja mogłam już przejść się po całej okolicy sama). To ciekawe jak takie rozmowy o jego obecności są pewnego rodzaju wydarzeniem – tak jak my rozmawiamy dziś o śniegu, tak pracownicy Clarence House rozmawiają o rodzinie królewskiej. Po raz kolejny poczułam się…niezręcznie. No nie wiem jak się do tego ustosunkować. Jakoś cholernie czuję się jak w książce Jane Austin, Woolf i innych tutejszych klasyków razem wziętych. A sam wystrój kompleksu królewskiego nie pomaga pozbyć się tych skojarzeń. Właściwie część Londynu – kilka małych uliczek – ograniczona jest bramami ochronnymi, więc idąc do Clarence House człowiek wchodzi przez brame do bardziej cichego, czystego (nie ma tak ani jednego kosza na recyling, roweru, czy innych oznak “życia codziennego”) i bardzo wiktoriańskiego mini-Londynu. To dość magiczne, a co za tym idzie trochę nierealne przeżycie. Rozmowa o mediach społecznościowych, Facebooku i blogach jakoś zupełnie do tego nie pasuje.
    I jak już doszłam do wyznaczonego pokoju okazało się, iż był on kiedyś prywatną sypialnią, więc jest bardzo ciepły, domowy – zupełnie nie przypomina miejsca spotkań firmowych! Zrobiłam fotke z okna zastanawiając się, jaki widok mają członkowie rodziny królewskiej, kto też kiedyś wyglądał z tego okna i jak się powinnam do tego odnieść?
    Zdecydowałam jednak skupić się na teraźniejszości i normalności całej tej sytuacji. Domyślam się, iż życie księcia jest bardzo ciekawe, ale też pełne obowiązków i ostro zaplanowanej rutyny – nie wiem, czy sama pisałabym się na taki zawód! A co gorsza oni nie za bardzo mają wybór! OK, może jestem idealistką, ale jakoś wolę myśleć o moim synku, który ma piękny widok z okna na ogród, może usmiechać się do kogo chce, może ubierać się w koszulkę z Angry Birds, a przed wszystkim ma mamę, która wywalczyła mu odrobinę rodzinnego szczęścia a nie wspomnienie przepięknej księżniczki, która zginęła w niewyjasnionych (a przynajmniej podejrzanych okolicznościach) i wszyscy wiedzą, że nie, nie była szczęśliwa w swej królewskiej roli.
    Jakie to życie jest dziwne…
  • POLSKI

    Surrealistycznie

    Bardzo surrealistyczny dzień. Odzwyczaiłam się chyba podróży w nieznane mi strony! Jadąc do małej miejscowości niedaleko Birmingham jakoś tak utknęłam w miejscu, którego nie znam a jednak pomiędzy miejscami bardzo ostro zachowanymi w mej pamięci. Był taki okres, kiedy miałam dla siebie co drugi weekend i o ile dobrze pamiętam nie do końca wiedziałam, co z tym czasem zrobić…. Dziś też tak utknęłam…przechodziłam ulicą, w której jadłam kiedyś dobry obiad, a dziś nie miałam na to czasu. Jechałam pociągiem do Stradfordu, miejsca zamieszkania Shakespeare’a, do którego zawsze chciałam pojechać a nawet i dziś nie dojechałam… W drodze powrotnej miałam dodatkowe pół godziny. Usiadłam w kawiarni – jednym z tych dworcowych kawowych barów. Zapatrzyłam się w przebiegających ludzi i jakoś zupełnie się odizolowałam od codzienności. Dobrze mi robią takie momenty – może powinnam robić co jakiś czas to, co robiłam na studiach: wsiadać do pociągu i jechać w nieznane?  Bardzo lubię pociągi – szkoda, że nie jeżdzę nimi częściej. Ten do stolicy stracił magię gdy musiałam dojeżdżać do pracy, ale inne nadal mnie fascynują. Dzisiaj czułam się znów tak, jakbym oglądała niemy film, gdyż omijałam stacje, z którymi byłam kiedyś dość mocno związana emocjonalnie – i jakoś to “niewysiadanie” mocno się odczuwało. Wczoraj martwiłam się, że w tym miesiącu praktycznie cały czas jestem w rozjazdach z pracy. Myślę jednak, że robią mi one dobrze wiedząc, że chłopcy są metą i że czekają. Jadąc do nikąd i wracając do domu jest jakoś lżej.
  • POLSKI

    Pisanie o niepisaniu

    “Spacer w parku”

     

    Nie pisałam nic i mam wyrzuty sumienia. Bo na pisanie zawsze jest przecież czas!:( Święta jakoś przegapiłam na blogach i zupełnie odciełam się od Internetu. Nie będę jednak ukrywać – bardzo dobrze mi to zrobiło. Zaczęłam chodzić do siłowni, lepiej się odżywiać a nawet mierzyć kalorię, ilość wypitej wody i ruchu na dość praktycznej aplikacji na iPadzie. Po dwóch tygodniach medytacji znalazłam rozwiązanie na brak czasu oraz postanowiłam skupić się na kilku projektach a resztę po prostu odstawić.
    Już czas zająć się tym, co Ważne jest dla mojej rodziny, domu i przyszłości. A zawsze warto zacząć od własnych błędów, słabości ale też nauczyć się doceniać swoje osiągnięcia. A jakoś tak nie jest to dla mnie łatwe, więc wciąż się uczę!
  • POLSKI

    Utknęłam

     

    Miałam cztery dni urlopu, co z weekendem oznacza sześć. I dupa. Nic z tego nie wyszło. W poniedziałek kończenie drobiazgów w mieszkaniu, we wtorek załatwianie dziecku zniszczonych okularów i inne drobne sprawy – a to one właśnie mnie ostanio cholernie rozpraszają, przygnębiają. Takie to wszystko cholernie praktyczne. A w środę odżyła praca, o… No ale w międzyczasie zadzwoniłam do koleżanki z Budapesztu i wprosiłam się do niej (wiedząc, że jest osobą, do której wprosić się można) na kilka dni w listopadzie. Nie mogę się już doczekać. Odetchnąć, wrócić do kraju emocji i przerysowanych wartości, wręcz płytkiego życia, jakby z książki Kundery. Po Pradze Budapeszt będzie kolejnym oddechem w biegu jaki sobie wybrałam tu na wyspach. Czasami jednak udaje mi się wyrwać i już czuję się lepiej. Pojechaliśmu z chłopcami do kilku ciekawych miejsc, nacieszyliśmy się ciepłą, złotą jesienią (tak, jest tutaj złota jesień!). A teraz, po powrocie do komputera i walki z BT, Vodafone, T-mobile i innymi potworami uciekam do obrazów i wspomnień z kilku miłych momentów ostatnich dni. Zastanawiam się, co zrobić z całym moim blogowaniem, bo życie zmienia je w pracę i właściwie niewiele mi tego osobistego i praywatnego zostaje – tylko chyba tutaj i poza siecią. Będę zmieniać sylwiapresley.com, choć nie wiem jeszcze kiedy i jak. Tym razem drastycznie. Drastyczne zmiany kosztują dużo czasu, więc przydałoby się jeszcze kilka wolnych dni….

  • POLSKI

    Dusza domu

    Wczorajszy poranek spędziłam na sprzątaniu w domu, do którego się przenosimy za tydzień. Stoi przed nami ogromne zadanie odbudowania harmonii w domu, w którym ściany oddychają traumatycznymi emocjami… Szkolę się więc w feng shui mając nadzieję, że jak już pokonałam swoje największe demony, przynajmniej te stare, to pokonam też smutne wspomnienia tego domu.  Zobaczymy. Wprowadzamy się za tydzień.