7
Mar

Jestem, ale w sumie mnie nie ma

A przynajmniej czuję się tak, jakby mnie nie było. Wpadłam w tyle pułapek życia, że po prostu w którymś momencie musiałam wszystko wyłączyć. I powoli wraca moja niezależność, emecjonalnie jestem więźniem miłości, więc mówię tu o niezależności intelektualnej, o wrażliwości, która z nikim się nie dzielę. Wraca odwaga odczuwania bólu, ale tym razem będę miała twardą dupę i nie dam się zranić.

Odczuwam szczerą zazdrość dla tych, którym odało się założyć związki, w których ludzie dzielą się pasjami. Jakoś mi nie wychodzi. Czuję się osamotniona, choć wszystko jest OK. Jest OK, nie jest pysznie, po prostu OK. Jestem bezpieczna. Jestem kochana. Jestem doceniana.

A jednak czegoś brak. Brak robienia czegoś razem. Nie odczuwam już potrzeby dzielenia się tym, co najgłebsze. Zrobiło się jakoś tak wiktoriańsko. Mam ogromny lęk przed pokazaniem tego, co dla mnie jest najważniejsze, bo boje się, że ludzie odbiorą mi to.

Chowam siebie dla samej siebie. Jest wiosna i wiosna inspiruje mnie do widzenia poza normę. Ludzie poruszają się po mieście tak ślepo! Nie widzą światła, nie widzą ciepła, nie widzą drgania powietrza – tylko ślepo podążają na następne spotkanie, gotowanie, pracę, piwo…A ja przechodzę po mieście powoli dając sobie czas na wdychanie świata porami.

I nie dbam już o to, czy to normalne, czy nie. Mam w dupie co myślą o mnie inni. Czasem słowo lub gest mnie rani, przeważnie gdy reprezentuje tę właśnie ślepotę. Ślepota boli.

Leave a Reply